Tybet - Najdroższy Klejnot Śniegu - Shigatse, Lhasa i martwy punkt
Relacje
Wednesday, 16 December 2009 21:40
Article Index
Tybet - Najdroższy Klejnot Śniegu
1. Kraków - Lwów - Moskwa
2. Moskwa - Biszkek - Osz
3. Osz – Kashgar – Yecheng
4. Yecheng – Ali – Darchen
5. Najjaśniejszy Klejnot Śniegu
6. Shigatse, Lhasa i martwy punkt
7. Rejon Everestu
8. Droga pod Everest
9. Zasłużony odpoczynek

 

Shigatse, Lhasa i martwy punkt

Przez kolejne kilka dni czekaliśmy na transport, by z Darchen wydostać się jakoś w kierunku Shigatse, drugiego (po Lhasie) co do wielkości miasta w Tybecie. Mieliśmy nadzieję uzyskać pozwolenia na trek oraz przedłużenie kończącej się chińskiej wizy. Gdy po trzech dniach dość męczacej podróży bezdrożami Tybetu w końcu tam dotarliśmy, okazało się oczywiście, że o przedłużeniu wizy nie ma mowy. O pozwoleniach na Everest zresztą też. Taką możliwość sugerował przewodnik Lonely Planet, ale jak się dowiedzieliśmy, szereg różnych wydarzeń na tle politycznym zaowocował zaostrzeniem chińskiej polityki wobec turystów. Jedyną opcją była słono płatna, jednodniowa wycieczka jeepami w rejon bazy północnej, która w ogóle nas nie interesowała. Szukając szczęścia w załatwianiu pozwoleń oraz przedłużenia wizy, pojechaliśmy do odległej o kilka godzin drogi Lhasy, zostawiając część rzeczy w Shigatse. Niestety i tam nic nie załatwiliśmy. Nawet wykupienie zorganizowanej wycieczki nie ułatwiało znacząco rozwiązania naszego problemu wizowego. Znaleźliśmy się w przysłowiowej d.... kropce. Wiza była na wykończeniu. O pozwoleniach mogliśmy zapomnieć. Plan zapasowy zakładał opuszczenie Tybetu i podróż po Chinach, ewentualnie przedostanie do Nepalu a stamtąd podróż do Hong Kongu, z którego za miesiąc mieliśmy wykupiony lot do Londynu, następnie Krakowa. Szwędaliśmy się więc tak po Lhasie rozmawiając z ludźmi i szukając jakiegoś sensownego rozwiązania...

 

Mając świadomość, że znaleźliśmy się w miejscu, które za sprawą chińskiego rządu sukcesywnie przestaje istnieć, oraz faktu, że w tym życiu może już nie uda się zobaczyć widoku, który sobie wymarzyliśmy, postawiliśmy zagrać va banque.

Plan był taki: pociągiem jedziemy 1500 km poza Tybet do chińskiego miasta Golmud, tam załatwiamy wizę i wracamy do Lhasy, skąd bez pozwoleń (jakoś) dostajemy się pod Everest. Pomijając ten oczywisty i dość poważny problem, był jeszcze drugi: powrót do Lhasy. Otóż z niej bez odpowiednich pozwoleń można tylko wyjechać, wjechać już nie. W ramach zabezpieczenia przed taką ewentualnością trzeba było wrócić po plecaki ze sprzętem do Shigatse, z nimi znów do Lhasy, następnie Golmud. Przekonując urzędnika o zamiarze dalszej podróży na zachód Chin, wizę przedłużyliśmy bez problemu i na szczęście bez spodziewanych komplikacji wrócili do Lhasy. Nadrobiliśmy w ten sposób ponad 4000 kilometrów, stracili kilka dni, ale przynajmniej mieliśmy wizę.