Artykuły
Szukaj
| Tybet - Najdroższy Klejnot Śniegu - Rejon Everestu |
| Relacje |
| Wednesday, 16 December 2009 21:40 |
|
Page 8 of 10
Rejon EverestuW Lhasie przygotowaliśmy zapasy na trek i znów przez Shigatse udali się do Tingri. O ile w poprzednich lokacjach nasza obecność była – choć nielegalna – to jeszcze tolerowana przez mundurowych, tak od tego momentu trzeba było ich wybitnie unikać. Nie mieliśmy żadnego z kilku wymaganych pozwoleń na przebywanie w tym rejonie. Jeszcze w Lhasie słyszeliśmy, jak skutecznie zawracany jest każdy, kto próbuje przedrzeć się nielegalnie dalej. Dzięki pomocy kierowcy zupełnie przypadkowo spotkanej brytyjskiej ciężarówki wyprawowej, która z powodu awarii utkwiła z daleka od swojej grupy, a teraz, po naprawie, udającej się przez Nepal do Indii, przekroczyliśmy jeden checkpoint. Udawaliśmy najzwyczajniej, że wraz z nimi jedziemy do Nepalu. Kilka kilometrów dalej, ku niedowierzaniu kierowcy, wysiedliśmy przy drodze odbijającej w stronę Everestu.
Ukrywając się w dolinie rzeki przeczekaliśmy do nocy, by niepostrzeżenie przejść przez kluczowy checkpoint. Udało się chyba tylko dzięki aurze – padający deszcz, wiatr i mgła maskowały nas skutecznie. To nie był koniec, gdyż przed nami była przełęcz, dopiero za którą byliśmy niewidoczni z checkpointu. Znaliśmy jej wysokość, nie znali topografii. Okazało się, że prowadziła na nią droga w kształcie serpentyny, której nie dało się przeciąć. Przez kilka godzin szliśmy zyskując niewiele na wysokości, nieruchomo przeczekując w błotnym rowie policyjne i wojskowe Rangerovery, kursujące (zupełnie nie wiem czemu – był środek nocy) na sygnałach. Zaczęło świtać, a my – wycieńczeni podejściem – byliśmy może na 1/3 wysokości. Pewnie plan byłby inny gdybyśmy wiedzieli, że przed sobą (od checkpointu do przełęczy) mamy 22 km drogi. Na drodze robił się ruch, więc nie było wyjścia – trzeba było łapać stopa i nim zmywać się za przełęcz. Mieliśmy (znowu) szczęście i to podwójne – dwójka zabrała się z jakimś Chińczykiem, reszta złapała ciężarówkę, która jechała dokładnie tam, gdzie chcieliśmy się dostać, czyli do odległej o jakieś 90 km Kharty. Na składzie drewna, przykryci plandekami, w upale gnietliśmy się tak przez ponad 8h kryjąc sie przed chińską policją i wojskiem. Co ciekawe, pozostała dwójka dołączyła do naszej ciężarówki bardzo szybko i w ten sposób razem dojechaliśmy do niewielkiej Kharty, skąd miał startować nasz trek.
|









